Translate

Trofea – komentarz własny.



Zachowania, zwyczaje, obrzędy i inne uczone wymioty.
Po raz kolejny zaglądam do Alertów Google i po raz kolejny natrafiam na informację o tym jak nasi odlegli przodkowie ogień nosili z miejsca na miejsce.
Otóż Homo erectus jak i Neandertalczyk ogień krzesać (rozpalać) potrafili w każdych warunkach, na całym ówczesnym Świecie i to na różne sposoby, zależne od zasobów środowiska. 

To, że w XX wieku Homo sapiens biegał po wsi z blaszanym wiadrem, iżby ognia pożyczyć, mogło świadczyło tylko o biedzie.  W tamtych to czasach, zapałkę na czworo trzeba było dzielić a wiedza o krzesaniu ognia zanikła.
Na pewno zdarzało się to naszym praprzodkom przy pierwszych próbach kradzieży ognia z pożaru, bądź rozpalania swojego ogniska w obozowisku za pomocą gałęzi zajętej ogniem od sąsiedniego ogniska.  Ale to przypadki i sporadyczne, i wygodne a nie żadna reguła.  Tak jak to, że ludzie jeżdżą na biegu wstecznym.  Jeżdżą ale nic z tego nie wynika.
Co więcej, jak słychać z doniesień, nawet nasz gatunek w odległych a prymitywnych plemionach, tę zdolność zatracił wracając do surowego.
Współcześnie kursa (tłum. kursy) krzesania ognia są prowadzone, nawet mnie się marzyło, żeby tego w mojej pracowni nauczać.  Ale nic z tego, bo o pracowni mogą tylko pomarzyć.
Tymczasem filmowcy film „Walka o ogień” nakręcili i bzdurę sprzed stu lat o przenoszeniu ognia w publiczności utrwalili.  A film dotyczył Neandertalczyka.  Nadal tę głupotę w artykułach uczeni powtarzają.
Cały film niemy był i nie dziwota to, bo o ostatnich odkryciach filmowcy wtedy nie wiedzieli.  Nie wiedzieli, bo dopiero teraz technika pozwoliła aparaty mowy w szczątkach zeskanować a porównać.

A piszę o tym, bo moje spojrzenie na naszego przodka jako na człowieka, nie tylko w chmurę ale i do ludzi trafia.  I czas się wziąć uczonym sferom za czytanie moich książek a nie uczone głupoty z przed lat opowiadać, powielać z uporem, bo tak jest w księgach napisane. 
Czas tę wiedzę odkurzyć!
Piszę też, bo mnie przekonywanie (udowadnianie) uczonych już nudzi jak każda robota, co po próżnicy się zdaje.  Czas mi napisane książki znowu podzielić i wydzielić fabułę, bo ta mnie rajcuje (tłum. cieszy) najbardziej i z niej mam największą przyjemność przy pisaniu, bo dla LUDZI to jest.

Jednakowoż, już mnię opadły wątpliwości.  Bo jeszcze na początku I-go tomu miałem wątpliwości, co do etyki, zwyczajów lub obrządków naszego przodka. 
Hamulcem mi były księgi, w których ani słowa o tym.
Prze lata przebywania w jego towarzystwie, w obozowisku, na polowaniach, wyprawach lub w pracy (tak w pracy!), z każdym podniesionym kamieniem odczytywałem kolejne zaskakujące informacje także o sferze duchowej i mistycznej.  Miałem tylko przebłyski - „Krzemienne Niebo”, teraz to wszystko otworem przede mną leży, bo w kamieniach.  Nawet dziś, kiedy otwieram pudełko ze zgromadzonymi dziełami sztuki i ozdobami dostaję zawrotów głowy od bogactwa jego świata duchowego; poglądów, zwyczajów, oczekiwań, zakazów i nakazów a nawet obrzędów.
Logika nakazuje mi myśleć właśnie tak, bo to w kamieniach siedzi.
Dystans zamiast maleć z publikacjami, rośnie i długo rosnąć będzie.

Podam przykłady.
1. Serce z ubitego przez Wu-ho bawołu Lu w całości oblepiała wyrobioną gliną, aby je w ognisku ugotować.  Z mojego konstruktorskiego punktu widzenia ryzykowne to przedsięwzięcie.  Nie dość, że forma duża, to i grubości ścianek różne.  Bo poza masami komór szczelinę i to dookoła Lu zalepiać musiała.  To znaczy, że jeśli zalepiała w plastry gliny o grubości 1 cm., to w rozstępie i to o dużej szerokości, musiała gliny nadłożyć.  Równe nakładanie, nawet jakby się udało, zmieniało kształt formy.  A to niedopuszczalne było.  Po to mięso obrzynano, aby obły kształt formy otrzymać. 

To wymuszała technologia wylepiania ścian formy do prażenia w żarze ogniska.
Bo glina przy różnych to grubościach ścianek formy i przy różnicach w kształcie formy pękać będzie. 
W wysokiej temperaturze z zewnątrz i wysokim ciśnieniu w środku powstają naprężenia i wszystko jest w porządku, jeśli są równo rozłożone na powierzchniach zewnętrznych i wewnętrznych, czyli w ścianach formy na obłej porcji mięsa oblepionej.  Jakiekolwiek różnie naprężeń mogą prowadzić do zniszczenia skorupy i straty zawartości.
Przecież można było komory serca oddzielić odcinając odłupkiem, powstałyby dwie nierówne porcje ale obie obłe zdatne (tłum. gotowe) do oblepiania.  Porcje gotowe do oblepienia i wstawienia do ogniska, łatwo, lekko i przyjemnie.

Jak w zwyczaju stawiałem sobie pytania.
Dlaczego Wu-ho nie pozwolił Lu ani sam serca nie podzielił?
1. Aby siły i waleczności dawcy tego organu nie ujmować i nie pomniejszać, i nie tracić przy tym swoich splendorów w walce zdobytych.  Im większe ono było, tym większy podziw i szacunek otoczenia zdobywał.
2. Aby po ugotowaniu z towarzyszami się nim podzielić a zjednywać ku sobie. 
Że nie powiem, iżby mi przywództwem jakim nad zespołem nie zapachniało.
3. A i słuszne miejsce w grupie, bo zasłużone.  Wszak pokarm dla grupy zdobywał, łowców dobrze tropem poprowadził i zadał cios ostateczny samemu życie narażając.
4. Do całego serca a ugotowanego zaprosić towarzyszów zamierzał, aby wraz z nimi zwycięstwo i smak zdobyczy konsumować i to na oczach całego obozowiska, czyli rytualnie, bo w zgromadzeniu.
5. Zauważcie też, że przed tym Wu-ho to serce od myśliwych za zasługi od towarzyszy otrzymał.  Nikt nie rwał się, żeby serce z ofiary wydrzeć przed innymi - tak nakazywał obyczaj.  Ono mu się należało za dobrze wykonaną pracę i to wykonaną za kierowanie zespołem i nadstawianie głowy.
W pięciu punktach owych odmiennych zachowań kilka zwyczajów i obrządek się znalazły, że o władzy i przywilejach nie wspomnę, bo one z tych zachowań logicznie wynikają.
A dlaczego, dlatego, że działanie Lu od zwyczajnej technologii, logiki i nauk o wytrzymałości materiałów odbiegało bardzo.  Tu wkroczyły inne czynniki w głowach zrodzone i kultywowane – wbrew logice, technologii i normalnemu biegowi wydarzeń.
Lu wiedząc, że formę o nierównych ściankach zrobiła, przetrzymała ją w ognisku.  Skutki sami widzicie, forma nie pękła ale mięso na wiór wyschło, do jedzenia się nie nadawało.  Domyślam się tylko, co Wu na to powiedział.

Bo mówił on, nie za dużo ale mówił – wydawał artykułowane dźwięki, bo te znaczenia miały.  Do tego struny miał słabe ale i krtań do tego nie dość ukształtowaną.  Ale nad wydawanymi dźwiękami panował i ćwiczył przez prawie 2 mln. lat.  I ani Neandertalczyka, ani nas nikt mową nie obdarzył.  Organy mowy w gardle Homo erectusa i jego mózgu się rozwijały na nasz ewolucyjny pożytek.  Dostępne dźwięki, które mógł z gardła wydobyć ćwiczył codziennie w znaczenia ubierał i w mózgu zapisywał.
A, że my jako gatunek urodziliśmy się gotowi i mową obdarzeni, jak nam to kapłani wmawiają, to i paplanina nam z tego, i powszechne NIEZROZUMIENIE.
Mowa naszego przodka na Ziemi funkcjonuje i ma się dobrze.  Trzeba jej będzie poszukać ale, gdzie to, i dlaczego właśnie tam, w eseju a może tomie „Spuścizna” uczonym wskażę.  Myśleć! Myśleć, panowie, bo zwrot w Waszej niewiedzy już się dokonał.

2. Przykład z tego samego filmu.
Wątroba była i do dziś bywa przysmakiem na surowo wśród łowców.
Lu przyrządziła ją na gorąco, przyprawiła najlepiej jak umiała; przyprawami i  solą.  I była w tym nie tylko chęć zrobienia komuś przyjemności z potrawy, były też plany i zamiary w tych sprawach.
W głębokim śladzie od uderzenia kantem zastawki jest i pośpiech, i oczekiwanie spodziewanego rezultatu, bo Wu-ho zapach już znał i wiedział czego może się ze strony Lu spodziewać.  Jej kuchnię znał i przepadał za nią.  We wzajemnych relacjach było obopólne uczucie a taki przysmak nie tylko je podtrzymywał, pogłębiał je do relacji seksualnych.  A te były dla całej populacji najważniejsze, bo utrzymywały egzystencję grupy i ciągłość gatunku.
Polskie przysłowie mówi – przez żołądek do serca (mężczyzny) - czy tylko do serca?

Przykład 3.
Nasz przodek dysponował olbrzymim doświadczeniem w walce, a walczył tylko ze zwierzyną do spożycia.  Spostrzeżenia na miejscu, zachowania stosowne do okoliczności, doświadczenie i przewidywanie reakcji, to taktyka.
I tę taktykę wykorzystywał praktycznie.
To, że opisałem polowanie tak a nie inaczej wynika z mojej wiedzy, mojej znajomości terenu, narzędzi i wreszcie znajomości zachowań i sposobu myślenia łowców. 
Przekazałem obraz swojej wizji polowania, bo widzę to tak, jak on a nie oczami współczesnego.  Albo inaczej, dziś widzimy to tak, jak my byśmy w tym spotkaniu z bawołem postępowali w jego warunkach i uzbrojeniu.  Bez tej całej zabójczej wiedzy i całego arsenału, które od wieków ze sobą targamy (tłum. dźwigamy).
Z mojego durnego wywodu wynika też, że nie zabijał współplemieńców a dowodów wcale mi nie potrzeba, przeżył jako gatunek prawie 2 mln. lat.
W tym nie tylko naturalny ale i kulturowy zakaz upatruję, bo motywy na pewno by się znalazły.  Ale swoich nie zabijał, tabu działało i gatunek sam się od tego wybronił.
A my zaledwie 200-300 tys. i już widać koniec i zagładę.  Co ja gadam, nic nie widać!

4. Niechcący kolejny zwyczaj opisałem.
Łowcy zdobycz w całości wszystkim pokazali, nikt mięsa po kieszeniach nie chował.  Bo mięso dla wszystkich było a nie tylko dla nich i ich rodzin.

Każdy w obozowisku swoje wyznaczone miejsce, dach nad głową, miejsce przy ognisku i strawę miał.  To się nazywała wspólnota i równy dostęp do wszystkiego.  Do takiej samej jakości życia, a dzisiaj?  
Nic, tylko splunąć.

5. Pół roku temu pisałem o kanibalizmie naszego przodka („Myślący kamień”) ale zastrzegałem, że nie dla spożycia a z głodu, czyli zjedzenia jako pokarm go spożywał.  Gdyby tak było, zjadł by go od razu a nie pakował w surową glinę do dojrzewania lub przechowania.
Zapakował go, aby w doborowym towarzystwie go spożyć, posiąść jego moc i rozum.  Znaczy zasłużony był i na godne spożycie zasługiwał.  Przez rodzinę i krewnych z innych siedlisk.  Przed milionem lat to było, obrządek to godny i wyrafinowany nadspodziewanie, i wcale mnie to nie dziwi.

Sami widzicie kamieni kilka ale ani opisy, ani zdjęcie nie oddadzą, ile myśli, zachowań, zwyczajów i obrzędów w sobie kryją.  Do tego trzeba jeszcze mieć chorą głowę.  To nie tylko kamienie, czy skamieniałości, to dowody w sprawie Homo erectusa.
I dlatego na Wyobraźnię Czytelników zdać się muszę, nie zważając, na to, czy kiedykolwiek uczeni moją mowę zrozumieć zdołają.  Niech kto inny ich kompromituje, z resztą im samym najlepiej to wychodzi.
…bo film już się w głowie kręci i kto czytał, już o tym wie.
Stać mnie na fantazjowanie, bo kieszenie mam pełne kamieni.  Uczonych kolegów nie stać, bo i kieszenie, i głowy puste mają.  Mogę się z nich tyko śmiać, bo tyle mi pozostało w bezsilności swojej.

Pługi jesienią stanowiska archeologiczne zaorały i na wiosnę orać będą, bo problem polskich ministrów i premierów przerasta.
Więc, kto może, niechaj do UNESCO na mnie donosi, przecież ja tego nie winien.  Gdzie nie napiszę, to mnię (tłum. mnie) do szpitala… a tam tylko lewatywa i żołądka płukanie.

Foto autor.                                 s. hab. Roman Wysocki
19.01.2016 Bystrzyca k.Wlenia.
Prawa autorskie zastrzeżone.